05.08.2026

Od ponad dwudziestu lat jego domem jest Czad. Tam, gdzie nie ma prądu, internetu ani bieżącej wody, rodzą się wspólnoty Kościoła, szkoły i ośrodki zdrowia. W jubileuszowym roku 25-lecia kapłaństwa ks. Jakub Szałek – pierwszy misjonarz diecezji bydgoskiej, a dziś wikariusz generalny diecezji Lai – opowiada o powołaniu, które zaprowadziło go do serca Afryki, o ludziach, którzy uczą go Ewangelii, i o szczęściu, którego nie potrafi wytłumaczyć.

ROZMAWIA MARCIN JARZEMBOWSKI

Jubileusz 25-lecia kapłaństwa podsumował Ksiądz słowami św. Piotra: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Dlaczego właśnie ten fragment Ewangelii stał się mottem tej drogi?

– Bo chyba najlepiej opisuje moje życie. Dwadzieścia pięć lat kapłaństwa, z czego dwadzieścia jeden przeżytych w samym sercu Afryki, trudno zamknąć w kilku zdaniach. Kiedy patrzę wstecz, widzę przede wszystkim prowadzenie Pana Boga. Czad nie jest miejscem łatwym. To trudny klimat, bieda, choroby, ogromne odległości i codzienne wyzwania. A jednak człowiek chce tam być. Sam nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. To jest powołanie. To Pan Jezus zasiał coś w sercu i sprawił, że właśnie tam odnalazłem swoje miejsce. Jestem szczęśliwy, że mogę tam żyć i posługiwać.

W tym samym fragmencie Jezus zapowiada Piotrowi, że pójdzie tam, dokąd sam by nie chciał. Czy Księdza droga również tak wyglądała?

– Bardzo podobnie. Nigdy nie planowałem wyjazdu do Czadu. Jako kleryk przygotowywałem się do wyjazdu do Kazachstanu. Byłem tam kilka razy na praktykach wakacyjnych i wydawało mi się, że właśnie tam będzie moje miejsce. Wszystko zmieniło jedno spotkanie. Do Polski przyjechał biskup z Czadu, który szukał księży. Spotkaliśmy się właściwie przypadkiem w Gnieźnie. Rozmawiał z arcybiskupem Henrykiem Muszyńskim, który przypomniał sobie o mnie i zapytał, czy nie byłbym gotów zmienić kierunku. Pamiętam, że długo się nad tym modliłem. Ostatecznie powiedziałem tylko: „Dobrze, pojadę”. Dzisiaj wiem, że była to jedna z najważniejszych decyzji mojego życia.

Da się wytrwać na misjach bez całkowitego zawierzenia Bogu?

– Nie da się. Jeżeli ktoś jedzie z przekonaniem, że zmieni Afrykę, że wszystko od niego zależy, bardzo szybko przeżywa rozczarowanie. Po dwóch czy trzech latach może wrócić z poczuciem porażki. Na misjach trzeba najpierw nauczyć się słuchać. To jest chyba najważniejsza lekcja. Przez pierwsze lata nie tyle trzeba działać, ile być z ludźmi. Poznać ich sposób myślenia, ich kulturę, ich codzienność, ich marzenia. Dopiero wtedy można zrozumieć, czego naprawdę potrzebują. Jeżeli zaczyna się od własnych planów i gotowych pomysłów, zazwyczaj nic z tego nie wychodzi.

Czy właśnie dlatego świadectwo życia jest ważniejsze od słów?

– Zdecydowanie. Można pięknie głosić kazania, prowadzić katechezy i mówić bardzo mądre rzeczy. Ale to działa tylko przez chwilę. Ludzie bardzo szybko wyczuwają, czy naprawdę się ich kocha. W Czadzie często spotykam starsze kobiety, które nie znają francuskiego, nie rozumieją wszystkich słów, ale doskonale wiedzą, czy ksiądz jest z nimi całym sercem. Tam mamy siedemnaście języków lokalnych. Nie sposób mówić każdym z nich perfekcyjnie. Czasami człowiek pomyli się podczas liturgii, czegoś nie wypowie poprawnie. Jeśli jednak ludzie czują, że jest się dla nich, przyjmują to z ogromną życzliwością. Miłość rozumie każdy.

 

Dziś jest Ksiądz również wikariuszem generalnym diecezji Lai. Ta odpowiedzialność zmieniła sposób przeżywania misji?

– To dodatkowe zadanie, ale nie zmieniło mojego powołania. Diecezja jest niewielka – siedemnaście parafii i około czterdziestu kapłanów. Kiedy biskup wyjeżdża, przejmuję jego obowiązki, zajmuję się sprawami personalnymi czy administracyjnymi. Nigdy jednak nie traktowałem tego jako najważniejszej części swojej posługi. Moim miejscem pozostają ludzie – parafie, wioski i misje.

W pracy misyjnej ogromne znaczenie ma także edukacja. Często powtarza Ksiądz, że każda nowa parafia zaczyna się od szkoły…

– Tak właśnie jest. W Czadzie państwo praktycznie nie dociera do wielu miejsc. W większych miastach są szkoły i szpitale, ale wystarczy wyjechać kilkadziesiąt kilometrów dalej i wszystko się kończy. Dlatego kiedy powstaje nowa parafia, najpierw budujemy szkołę. Dopiero później kolejne obiekty. Chcemy, żeby dzieci mogły nauczyć się czytać i pisać. Dla wielu z nich jest to jedyna szansa na edukację. Mam przed oczami parafię Doumougou, gdzie przez sześć lat posługiwałem. Dzięki ogromnej ofiarności diecezji bydgoskiej udało się wybudować tam szkołę podstawową. Dzisiaj uczą się w niej dzieci, które bez tej pomocy prawdopodobnie nigdy nie przekroczyłyby progu żadnej szkoły. Drugim filarem są małe ośrodki zdrowia. Nie są to wielkie szpitale, ale miejsca, gdzie można otrzymać podstawową pomoc – leki przeciw malarii, opatrunki, pomoc przy najczęstszych chorobach. Dla wielu mieszkańców oznacza to po prostu szansę na życie.

Misje to jednak nie tylko radość z budowania, ale także codzienne spotkanie z cierpieniem…

– To prawda i chyba z tym najtrudniej się pogodzić. Najbardziej boli śmierć dzieci. Malaria wciąż jest tam ogromnym problemem. Trudno znaleźć rodzinę, która nie straciła jednego albo kilkorga dzieci właśnie z jej powodu. Czasem człowiek ma świadomość, że wystarczyłoby naprawdę niewiele – kilka lekarstw, możliwość dotarcia do lekarza – i to dziecko mogłoby żyć. Tam nie istnieje system ubezpieczeń zdrowotnych. Za wszystko trzeba zapłacić. Jeżeli rodzina nie ma pieniędzy, często pozostaje tylko bezradność. Dlatego obecność misji jest tak ważna. Dzięki pomocy ludzi z Polski i innych krajów możemy finansować leczenie, kupować lekarstwa, ratować życie. To konkretna twarz Ewangelii.

 

Po ponad dwóch dekadach spędzonych w Afryce może Ksiądz powiedzieć, że jest szczęśliwym człowiekiem?

Tak. I mówię to z pełnym przekonaniem. To paradoks, którego sami misjonarze często nie potrafią wyjaśnić. Na miejscu narzekamy na upał, choroby, brak wody, monotonne jedzenie czy ogromne odległości. Kiedy jednak wracamy na urlop do Polski, bardzo szybko zaczynamy tęsknić. Jeżeli ktoś powiedziałby mi dziś, że już nigdy nie wrócę do Czadu, byłoby mi naprawdę bardzo trudno. Afryka w niezwykły sposób przywiązuje człowieka do siebie. Co ciekawe, podobnie mówią osoby, które przyjeżdżają do nas tylko na kilka tygodni. Nie ma tam atrakcji turystycznych, luksusowych hoteli ani pięknych kurortów. Jest kurz, bieda, upał i bardzo trudne życie. A mimo to niemal wszyscy wyjeżdżają poruszeni. Mówią, że właśnie tam nauczyli się inaczej patrzeć na świat.

Czego można życzyć misjonarzowi, który od tylu lat żyje pośród ludzi Czadu?

– Przede wszystkim zdrowia. Ono na misjach jest naprawdę bezcenne. Poza tym pogody ducha i nieustannie otwartego serca. Bo jeśli człowiek zachowa w sobie miłość do ludzi, całą resztę da się jakoś zorganizować. Sprawy materialne są ważne, ale zawsze pozostaną tylko narzędziem. Najważniejsze jest to, żeby nigdy nie przestać kochać ludzi, do których zostało się posłanym.

Ks. Jakub Szałek

Kapłan diecezji bydgoskiej, pierwszy misjonarz diecezji posługujący w Czadzie. Od ponad dwudziestu lat pracuje w diecezji Lai, gdzie pełni posługę duszpasterską oraz funkcję wikariusza generalnego. Współtworzy nowe parafie, szkoły i ośrodki zdrowia, przygotowuje dorosłych katechumenów do chrztu oraz koordynuje działalność misyjną Kościoła na południu Czadu. W czerwcu 2026 roku obchodził srebrny jubileusz kapłaństwa, z którego większość przeżył w sercu Afryki.

Biuro Prasowe Diecezji Bydgoskiej
Marcin Jarzembowski

Cała rozmowa w Przewodniku Katolickim.

print